Lekarz na emigracji, czy naprawdę warto? Opinia po 30 latach pracy w Niemczech. Cz. 2

Po opublikowaniu pierwszej części wspomnień z pracy w Niemczech, zarówno w Biuletynie Okręgowej Izby Lekarskiej w Zielonej Górze jak i na portalu internetowym przeznaczonym dla młodych lekarzy (www.namedycyne.pl), otrzymaliśmy wiele pozytywnych odpowiedzi. Pojawiły się tez prośby i oczekiwania o napisanie dalszych części. Stąd też postanowiliśmy przeprowadzić kolejny wywiad, będący drugą częścią doświadczeń z pracy w Niemczech.

Jaki jest proces szukania ordynatora oddziału w Niemczech i jak wygląda zawarta z nim umowa o pracę?

W Niemczech nie ma kierownika oddziału, zawsze był i nadal jest ordynator ( Chefarzt ). Pozycja ordynatora jest bardzo silna. Ma to tez odzwierciedlenie w samej umowie o prace. Pozwolę sobie opisać to na przykładzie procedury jaka miała miejsce w 1985 roku, w przypadku mojego byłego szefa – dr L.

Zacznijmy jednak od początku. Jeżeli dany szpital poszukuje lekarza na stanowisko ordynatora oddziału to przynajmniej 6 miesięcy przed tym okresem ogłasza się ten fakt w ogólnoniemieckim tygodniku lekarskim ( Deutsches Ärzteblatt ). Ten tygodnik otrzymuje każdy lekarz będący członkiem Ätztekammer ( Izby Lekarskiej ). Przynależność do tej izby jest dla każdego lekarza w Niemczech obowiązkowa.

Publikuje się tam, że poszukuje się lekarza na stanowisko ordynatora. Podaje się tam jakie są wymagania od starającego się o to stanowisko, a także podaje się charakterystykę oddziału, ilość łóżek, ilość operacji, ilość porodów i ilość lekarzy zatrudnionych w oddziale.

Pamiętam, ze w 1985 roku kiedy ówczesny ordynator dr T. osiągnął wiek emerytalny, a szpital ogłosił to w prasie lekarskiej wówczas zgłosiło się na to ogłoszenie z całych Niemiec kilkunastu chętnych. Z tego grona wybrano 3 potencjalnych kandydatów i zaproszono ich na osobiste rozmowy z kierownictwem szpitala. Spośród tych 3 lekarzy wybrano wówczas mojego przyszłego szefa. Nie są mi znane tajniki rozmów z tymi dwoma kolegami, którym podziękowano. Dużym atutem mojego szefa dr L. był fakt, ze miał on w ręku zrobiony na Uniwersytecie w Heildelbergu certyfikat z dziedziny Senologii ( trwało to ponad 6 miesięcy + egzamin końcowy ) uprawniający go do oceny zdjęć mammografii i oceny dalszego postępowania. Był to już wtedy rodzaj dodatkowej specjalizacji. Szpital w B. nie posiadał wówczas aparatu do mammografii ale przed podpisaniem umowy o prace dr L. postawił warunek, ze przyjmie stanowisko ordynatora pod warunkiem, ze szpital w krótkim czasie zakupi aparat do mammografii, nowy aparat USG, nowe wyposażenie do operacji laparoskopowych, odnowi sale porodowe itd. I tak tez się stało.

Dzięki temu, ze dr L. objął stanowisko ordynatora przywiózł ze sobą wszystkie techniki operacyjne związane z piersią kobiet: guzy, guzki, cysty, powiększanie, pomniejszanie piersi, a przede wszystkim onkologię ginekologiczna. Do „ repertuaru „ naszego oddziału należała nie tylko operatywa ale i chemoterapia. Radioterapia wykonywana była w odległym o 20 km sąsiednim szpitalu.

Poza senologią dr L. przywiózł ze sobą także wszystkie najnowsze techniki operacji laparoskopowych, które w krótkim czasie zaczęliśmy wdrażać. Były to początki laparoskopii inwazyjnej. Już z możliwością wejść nadłonowych troikarami roboczymi. Nie pamiętam już dokładnie kiedy ale dość szybko pojawiła się na bloku operacyjnym także możliwość operacji za pomocą kamery, przekazująca obraz pola operacyjnego na 22 calowy monitor firmy Sony.

Druga polowa lat 80-tych była okresem narastającego zainteresowania laparoskopią także przez chirurgów. Na jednym z kongresów chirurgicznych pod Dortmundem na temat laparoskopii, w którym uczestniczyłem, pojawiły się pierwsze doniesienia na temat wykonania przez chirurgów pierwszych Appendektomii i Cholecystektomii. Nie sposób pominąć tych głośnych protestów i słów krytycznych ze strony starszej generacji chirurgów, którzy woleli pozostać przy tradycyjnych metodach otwarcia jamy brzusznej.

Jeszcze dziś pamiętam, reakcje kolegów z innych oddziałów naszego szpitala po wykonaniu przez nas pierwszej operacji usunięcia wyrostka robaczkowego. Dało się odczuć, ze ten fakt nie był pozytywnie odebrany przez kolegów chirurgów z naszego szpitala. Oni wówczas jeszcze nie wiedzieli zbyt wiele o technikach laparoskopowych stosowanych do appendectomii i cholecystectomii.

W tym czasie tez zakupiono nowy aparat USG z 3 głowicami: konvex, linearną do diagnostyki piersi i głowicę transvaginalną, co pozwoliło na rozszerzenie naszych możliwości diagnostycznych.

Na tym skromnym przykładzie widać, jak ważny jest wybór nowego ordynatora dla szpitala i społeczeństwa tego miasta. Pozwoliłem sobie podać tylko kilka korzyści, jakie wypływały z trafnego wyboru tak wartościowego lekarza jakim był dr L. A tych korzyści było bardzo wiele…

Wracając jednak do umowy o prace trzeba dodać, ze umowa o prace z ordynatorem w Niemczech zawierana jest z nim do wieku emerytalnego. Pozwala to nowemu ordynatorowi na długoterminowe planowanie własnego życia, zwłaszcza rodzinnego. Związane jest to ze szkołą dzieci, własnym domem lub mieszkaniem, ewentualna pracą żony itd.

Doktor L. przybył z odległego o prawie 500 km zakątka Niemiec, przyjechał do NRW
( Północnej Nadrenii i Westfalii ) razem z żoną i 3. małych, w wieku szkolnym dzieci, wynajął mieszkanie, kupił działkę, wybudował dom i do dziś mieszka tam w B. Obecnie ma 80 lat. Jeszcze do dziś mam z nim kontakt telefoniczny i miło wspominamy dawne czasy. Poruszając ten temat o mało co zapomniałbym o ważnym elemencie składowym umowy o prace z ordynatorem. Otóż szpital oddaje ordynatorowi do jego dyspozycji kompletnie wyposażoną praktykę lekarską. Praktyka taka mieści się najczęściej blisko albo w ramach oddziału.

Oznacza to, ze ordynator dostaje do dyspozycji pomieszczenia, sprzęt i wyposażenie, jak: USG, KTG, a także personel do praktyki – sekretarkę, pomoc medyczna, wyposażenie biurowe i medyczne pomieszczeń itd. Równocześnie jednak umowa określa jaki procent z dochodów przypada szpitalowi, a ile ordynatorowi. Wszelkie płatności odbywają się poprzez konto bankowe, do którego na życzenie ma wgląd także szpital. Chyba do końca lat 80-tych ordynatorzy mogli mieć także umowę ze związkiem kas chorych ( KV – odpowiednik naszego NFZ ). Później jednak ograniczono to do prawa leczenia pacjentek ubezpieczonych w prywatnych kasach chorych. Podobna procedura ma także miejsce na oddziale. Ordynator ma prawo leczyć i operować swoje pacjentki prywatne, ma prawo odbierać poród ale tez ma prawo tym pacjentka wystawić rachunek za leczenie. Pieniądze jednak wędrują tylko i wyłącznie poprzez konto bankowe. Nigdy do szuflady i nigdy do reki.

A jaka wypływa z tego korzyść? Ordynator nie musi opuszczać szpitala. Ordynator ma dodatkowe, oficjalne źródło dochodu za leczenie ambulatoryjne i leczenie stacjonarne. A ten dochód wcale nie jest mały. Oczywiście te dochody musza zostać opodatkowane. Zarabia na tym także szpital, zaś młodzi lekarze specjalizujący się mają możliwość poznać tajniki pracy w ambulatorium pomagając szefowi. Ordynator jest zawsze w szpitalu, czasem do godzin wieczornych. Jeżeli zdarzy się poważna sytuacja na sali porodowej– ordynator jest na miejscu. Korzystają z tego pacjentki i pacjenci, a to oznacza poprawę jakość usług medycznych szpitala.

Taka praktyka lekarska składa się najczęściej z kilku pomieszczeń rejestracji, poczekalni, gabinetu rozmów z pacjentka, 1-2 gabinetów zabiegowych. Personel średni pełni równocześnie role sekretarek dla potrzeb oddziału. Ta praktyka lekarska szefa jest centrum i sercem oddziału. To tam zbierają się rano wszyscy lekarze aby wysłuchać, co się działo na dyżurze nocnym, omówić plan operacyjny i wysłuchać co dzieje się na sali porodowej.

Ciąg dalszy nastąpi.

4+