Lekarz na emigracji, czy naprawdę warto? Opinia po 30 latach pracy w Niemczech. Cz. 1 – Prolog

Z czego wynikała motywacja do wyjazdu?

Prosze pozwolic, ze na poczatek się przedstawie. Jestem absolwentem Śl. Akademii Medycznej w Katowicach. Dyplom uzyskalem w 1974 roku. W 1979 roku uzyskałem I stopien specjalizacji z ginekologii i położnictwa. Ostatnie 4 lata przed wyjazdem do BRD pracowalem na oddziale ginekologiczno-polozniczym w Wodzislawiu Slaskim. Był to oddzial duzy, liczący prawie 100 lozek. Ilosc porodow wahala się w granicach 2.200 – 2.500 p.a.

Zabiegi ginekologiczne wykonywane były wówczas glownie droga brzuszna. Metody laparoskopowe były w Polsce jeszcze w powijakach i nie znane. KTG i USG nie posiadaliśmy.

Moja zona, jako absolwentka AWF w Poznaniu od momentu ukończenia studiow zajmowala się rehabilitacja. Posiadamy 2 dzieci, które razem z nami wyjechaly w lipcu 1981 do Niemiec.

Sytuacja mieszkaniowa mojej rodziny przed wyjazdem była bardzo dobra, bo mieszkaliśmy w moim domu rodzinnym, z oddzielnym wejściem zajmując cale pietro. Kosztow utrzymania mieszkania nie ponosiliśmy zadnych bo caly budynek utrzymywali moi rodzice. Posiadalismy „ malucha „, sprezentowanego nam – oczywiście – przez moich rodzicow.

Pomimo, ze obaj z zona pracowaliśmy, zycie stawalo się coraz trudniejsze. Pomimo dyżurów szpitalnych i jakis czas w Pogotowiu Ratunkowym, coraz trudniej było nam związać koniec z koncem, czyli dotrwac do konca miesiąca, aby wystarczylo pieniędzy na zwykle codzienne potrzeby. Z politycznego punktu widzenia czas lat 1980-1981 był wyjatkowym. Braki zaopatrzenia na każdym kroku. Nawet dojazd do pracy ( 20 km ) był utrudniony z powodu reglamentowanego paliwa.

Atmosfera na oddziale była bardzo dobra. Owczesny ordynator oddzialu p.dr Koppel mobilizowal do nauki, zachęcał i w różny sposób motywowal aby stopniowo stac się samodzielnym lekarzem, najpierw na porodowce, a pozniej na bloku operacyjnym.

Brak perspektywy na drodze zawodowej, zacofanie owczesnej medycyny oraz brak perspektywy na przyszłość dla naszych dzieci – to glowne motywy naszej decyzji wyjazdu na zachod. Decyzja nie jest latwa, bo jedzie się w nieznane.

Czy rozważał Pan również inne kierunki emigracji?

Bedac na Slasku w rachube wchodzil wyjazd tylko do BRD ( Bundesrepublik Deutschland ). Tradycje wyjazdow do Niemiec sa na Slasku bardzo duze. Wielu moich kolegow wyjechalo nawet krotko po otrzymaniu dyplomu. Wiekszosc młodych ludzi z Polski wyjezdzalo wówczas do Polnocnej Nadrenii i Westfalii ( NRW ). Wynika to z tego ze NRW ma podobna strukture jak Slask: przemysl, górnictwo. Dlatego w tym „Landzie” spotyka się duza ilość Polakow. Także w niemieckich Szpitalach. Nasz cel był już od ponad roku przed wyjazdem scisle ukierunkowany na Niemcy.

Jak zaczęła się Pana Doktora lekarska przygoda w Niemczech?

Z wiadomych względów jezyk niemiecki w szkolach średnich na Slasku nie istnial. Uczono za to ( poza j. rosyjskim ) jezyka angielskiego i jezyka francuskiego. Ja uczyłem się jezyka francuskiego. Już 6 – 8 miesiecy przed wyjazdem uczyłem się na wlasna reke jezyka niemieckiego. Prawdziwa jednak nauka zaczela się w momencie podjecia nauki na intensywnym kursie jezyka niemieckiego. Trwal on 8 miesiecy, w wymiarze około 6 godzin dziennie, 5 x w tygodniu. Był to kurs dla ludzi już po studiach, nie tylko lekarzy. Zdajac sobie sprawe z tego, ze kluczem do wszystkiego na emigracji jest znajomość jezyka, a mój start zawodowy na obczyźnie z każdym dniem się zbliżał, duzo czasu poświęcałem na nauke jeszcze poza kursem jezykowym. Już po 5/6 miesiacych zaczalem szukac pracy. W warunkach niemieckich jest to latwe, bo wystarczy dotrzec do ogolno-niemieckiego tygodnika lekarskiego ( Deutsches Ärzteblat ) gdzie na ostatnich stronach zawsze było kilka ogłoszeń szpitali poszukujacych lekarzy ginekologow. Juz teraz nie pamiętam skad miałem regularny dostep do tego tygodnika. Zaczalem wiec pisac pierwsze Bewerbungi, czyli odpowiadac na ogłoszenia szpitali poszukajacych lekarzy ginekologow. Swoje „ papiery „ wysłałem do ponad 40 szpitali, które szukaly ginekologa. Z tego otrzymałem 4 zaproszenia na rozmowe wstepna. Z tych 4 wybralem St. Elisabeth-Hospital we wschodniej czesci Westfalii. Szpital szukal zastępcy ordynatora ( Oberarzt ). Chcieli abym prace rozpoczął od zaraz. Ja jednak chciałem ukończyć rozpoczęty kurs językowy i podjac prace dopiero za 2 miesiace.

I tak się tez stalo. Szpital poczekal, a ja ukończyłem kurs.

Oddzial ginekologiczno-polozniczy liczyl wówczas ponad 30 lozek. Dla około 400 porodow p.a. nie opłacalne było tworzenie oddzialu noworodkow. 2 x w tygodniu przyjeżdżał pediatra aby przebadac noworodki i wypełnić stosowne dokumenty. W razie potrzeby pediatra z zespolem był na telefon. Owczesny ordynator dr T. był doswiadczonym lekarzem. Za niecale 3 lata wybieral się już na emeryture. Dr T. sprawnie posługiwał się na porodowce zarówno Vacuum, Forceps jak i miał opanowane wszystkie inne operacje poloznicze. Na bloku operacyjnym zas dominowaly operacje droga pochwowa, laparoskopia, a nie rzadko wykonywane były operacje piersi. Tam tez nastapil mój pierwszy kontakt z KTG / CTG, USG i zabiegami laparoskopowymi. Po 2 tygodniach wciągnięto mnie do dyżurowania. Na poczatek miałem co najmniej 10 dyzurow na miesiąc. Na sali porodowej zetknąłem się tez po raz pierwszy ze znieczuleniami zewnątrzoponowymi ( Peridural Anästhesie / PDA ), które były wykonywane przez anestezjologow. ( podkreślam tu – wykonywane przez anestezjologow, bo gdy po 20 latach zmieniłem szpital, to tam PDA wykonywali ginekolodzy, a ja musialem się tego szybko nauczyc ). Odsetek porodow w PDA wahal się w tym szpitalu w granicach 40-50 %.

Także i na bloku operacyjnym spotkalem się z kilkoma nowościami. Przede wszyskim musialem szybko opanowac nowe techniki operacyjne droga pochwowa i laparoskopie. Na tym oddziale ordynator preferowal w operacjach ginekologicznych droge pochwowa, zamiast drogi brzusznej.

Wynikalo to z tego, ze generacja starszych ginekologow z obawy przed infekcjami podczas operacji brzusznych chętniej wybierala droge pochwowa. Ale już wtedy dr T. wykonywal dosc często zabiegi laparoskopowe, choc na owczesne czasy było to możliwe tylko z jednego wejścia troikarem przez pepek.

Pomimo, ze dr T. był sprawnym operatorem, a na Sali porodowej sprawnie posługiwał się instrumentami w porodach operacyjnych, to badal pacjentki nie tak jak ja per vaginam, lecz per rectum, co dla mnie było już historia położnictwa.

Pewnego dnia zabronil mi nawet badania pacjentek na porodowce per vaginam. Warto tu dodac, ze dr T. jeszcze pare lat przed początkiem mojej pracy samodzielnie pelnil role anestezjologa. Polegalo to na tym, ze pacjentke sam intubowal lub sam wykonywal znieczulenie PDA ( Peridural-Anästhesie ), a nastepnie myl się do operacji. Dalsza opieke nad pacjentka sprawowala pielegniarka anestezjologiczna.

Dr T. był bardzo wyrozumialy, życzliwy i wykazywal duzo cierpliwości. Owczesna ultrasonografia w położnictwie, jeszcze dosc siermiezna, pozwalala na zlokalizowanie położenia plodu, lokalizacje lozyska, a w ginekologii na zdiagnozowanie duzych struktur w miednicy malej. Pracowalismy na jednym z pierwszych aparatow USG firmy Siemens, z glowica abdominalna wielkości ½ żelazka do prasowania.

Polozne szybko przekonaly się do mnie, ze w każdej sytuacji mogą na mnie liczyc. Darzyly mnie sympatia i uznaniem. Nasze stosunki lekarz – polozna od początku były bardzo dobre.

Pierwsze spotkanie z senologia było dla mnie w tym okresie czyms absolutnie nowym, ale już po 3 latach, jak przyszedł nowy ordynator, dr L. z zona i 3 dzieci ( ze szpitala oddalonego o prawie 500 km ) przekonałem się jak cenne było to aby wciągnąć się w tematyke zwiazana z wszystkim co dotyczy piersi: guzy, guzki, zmiany lagodne i zlosliwe, powiekszanie, pomiejszanie piersi, a także chemoterapia. Do radioterapii pacjentki wysyłaliśmy do innego szpitala. To pozniej przerodzilo się w utworzenie w BRD Brust Centrum ( Centrum piersi ), które do dzis naleza w wielu szpitalach do ginekologii. Uwazam, ze slusznie. Dr L. na początku sprezentowal mi obszerny atlas operacji piersi.

Czy nostryfikacja dyplomu przysporzyła dużych problemów?

Podejmujac prace w niemieckim szpitalu otrzymałem czasowe prawo wykonywania zawodu. Po okresie około 1 roku, złożyłem podanie o dyplom niemiecki ( Aprobationsurkunde ). Wystawia go Regierungspresident w Münster. To jest cos w rodzaju naszego wydzialu zdrowia przy urzedzie wojewódzkim. Do tego potrzebne były wszystkie możliwe tłumaczenia, jak dyplom lekarza, polskie prawo wykonywania zawodu, zaświadczenie o specjalizacji z polski, a co jest najważniejsze, to zaświadczenie ordynatora dr T, gdzie już od roku pracowalem.

Tym dokumentem dr T. poswiadczal, ze moje wykształcenie, wiedza medyczna i umiejętności, odpowiadaja wiedzy, umiejętnością itd. lekarza niemieckiego. Po 2-3 tygodniach, po oplaceniu chyba 200,00 DM otrzymalem poczta mój niemiecki dyplom lekarza. Sprawa specjalizacji to inny temat.

Co sprawiało największe problemy w początkowych miesiącach adaptacji w nowym środowisku ?

Niemiecka medycyna jest jak wojsko. Jest Chefarzt ( ordynator ), Oberarzt ( zastepca ordynatora, a na wiekszych oddziałach może ich być kilku ) i asystenci. W niemieckiej medycynie nastepuje scisly rozdzial na lekarzy szpitalnych pracujących tylko i wyłącznie w szpitalu i lekarzy lecznictwa otwartego, czyli majacych swoje praktyki i posiadających Kassenärztlich Zulassung, czyli umowe z KV ( Zwiazek Kas Chorych ). Praca zaczyna się punktualnie i konczy się tez po 8 godzinych. Tam nie ma wcześniejszego opuszczenia oddzialu. Najczeciej pracuje się dłużej niż trzeba. I z tego trzeba sobie zdawac sprawe i to już od pierwszych dni pracy.

Kazda zmiana szpitala, czy oddzialu nawet w warunkach polskich zwiazana jest ze stresem. Jest to związane z tym, ze spotyka się nowych ludzie, nowe otoczenie, brak informacji, jak kto zareaguje, co można powiedziec, i komu, w jakim tonie itd.

Poczatki pracy w obcym kraju nie sa latwe. Zwiazane jest to z opanowaniem jezyka niemieckiego. Pacjentki niemieckie tez sa inne, inaczej niż w Polsce nastawione do lekarza.

Inne tez jest nastawienie pacjentki do lekarza obcokrajowca, mówiącego lamana niemczyzna. Trzeby było sobie z tego zdawac sprawe. Generalnie w Niemczech w swiecie lekarskim panuje wysoka kultura, wzajemne poszanowanie. Także stosunek do pacjentki jest zupełnie inny niz ma to miejsce u nas w Polsce. Np. samo wejscie do pokoju chorych na oddziale. Nie ma mowy aby wejsc do pokoju bez pukania, zapytac, co słychać, jak się spalo, przywistac się przez podanie reki itd. Duzo czasu poswieca się tez na wyjaśnienie pacjentka aktualnego stanu, co się planuje zrobic, jaka operacje, jakie sa możliwości alternatywne, zalety i wady itd.

Aby sobie ułatwić mój start, miałem przygotowane i przećwiczone caly szereg pytan, potrzebnych do przeprowadzenia normalnej anamnezy. Te odpowiedzi trzeba było jeszcze przelac na papier, czyli wypełnić historie choroby i to najczęściej od razuz, w obecności pacjentki.

Ten okres przy wytężonej pracy nie trwal jednak dlugo. Powiedzialbym – ze 4 – 6 tygodni. Z każdym tygodniem było swobodniej, a wiec lepiej. Nie mogę powiedziec, ze spotkalam się z brakiem zrozumienia, czy niechecia do mnie. Nigdy nie pozwolono mi odczuc niecheci, ani wrogości.

ciąg dalszy nastąpi…

źródło zdjęcia : https://pixabay.com/

6+